Lipcowa Saga IV

13 lutego 2013
Dzień czwarty – 3 lipiec (wtorek)
Od rana cięgiem leje. Chłodnawo. Komputer szlag trafił. Około 10-tej dociera do mnie Seweryn, który dziś przyleciał z Toronto. Trochę sie mnie naszukał, ale jak na niego, znalazł adres zadziwiająco szybko. Pakuje do Nissana moje bagaże i jedziemy w nowe miejsce – Travel Inn. Rejestracja, spłoszona nieco młoda recepcjonistka, trochę zamieszania, lądujemy w pokoju na piętrze, gdzie natychmiast po przesunięciu z hukiem zawala się moje łóżko, rodem z Ikei. Pod materacem szczebelki drewniane, które – co za fuszerka! – są krótsze od ramy i stąd niestabilność całej konstrukcji. Dobrze, że spokojnie śpię. Może dotrwam bez przygód do rana. Dom w środku ma wygląd nieco zaniedbany.
W sporym ogrodzie drzewa i bujna roślinność. Moją uwagę zwracają olbrzymie liście, do ujecia których używam pierwszy raz nowego aparatu –  Nikona D 3200. Nie mam jeszcze do niego teleobiektywu. Bądź co bądź cały czas ucze się robić zdjęcia, gubiąc się jak zwykle w sprawach technicznych – obiektywy, ustawienia, filtry, itp
Dziś pierwszy wypad poza Reykjavik – około 100 km w jedną stronę: na południe do wielkiego klifu Krisuvikurberg, potem poprzez miejscowość Grindavik na półwysep Reykjanes, zawitanie do Blue Lagoon i powrót do Reykjaviku.
Najpierw pojechaliśmy do sklepu firmowego Sony, gdzie zostawiłem komputer, który obiecano naprawić do czwartku, do dnia opuszczenia stolicy na dłuższy okres czasu.
Wyjedżamy w lekko padającym deszczu, mijamy wspomnianą  uprzednio  fabrykę aluminium, skręcamy na południe i wpadamy pod fale ulewy. Wokół pusty, posępny krajobraz zasłany wulkanicznym żużlem.
Potem następne rozwidlenie, nieco mylące oznakowanie, w przelotnych deszczach i snujących się mgłach widoczność bardzo ograniczona i nie widać Atlantyku. Po krótkiej naradzie skręciliśmy w polną drogę. Okazało sie, że tak właśnie wygląda islandzka żwirówka i przemierzyliśmy ich potem wiele, w różnych miejscach wyspy. W środku wyspy, przejechanie np. w poprzek, z jednego wybrzeża na drugie, jest przedsięwzieciem ryzykownym, nawet latem. Ulewne deszcze lub topniejące intensywnie latem lodowce przeradzają drogi  wewnętrzne w rwące i głebokie strumienie. Na szczęście istnieje stały, bieżący serwis
gdzie zamieszczają uaktualnione, tak przejrzyste i dobrze informujące mapy, jak ta poniżej.
Przed nami dalej nie było widać wybrzeża. Zaniepokojony wysiadłem z auta i poszedłem spory kawałek na wprost, poprzez łąki, by się zorientować czy jesteśmy na własciwej trasie. Wzbudziłem wielkie poruszenie wśród ptaków, bo widocznie miały na tych łąkach gniazdowiska. Latały mi nad głową i przerażliwie wrzeszczały. Nagle zauważyłem w trawie większego ptaka, kulika z rodziny bekasowatych (Numenius  phaeopus), który pozwalał mi się zbliżać całkiem blisko a potem odskakiwał, aby w ten sposób odciągnąć mnie od gniazda.
Mgły zrzedły i spostrzegłem krążące w powietrzu mewy. Klif musiał być przed nami. Wróciłem do auta, ruszyliśmy powoli, droga była coraz bardziej wyboista, nie byliśmy nawet pewni, czy możemy po niej jechać, bo stały tablice ostrzegawcze, ale tylko po islandzku. Zauważyliśmy przed sobą inne auto i motocykl. Pojechaliśmy za nimi i za chwilę wyłonił się stalowoszary ocean. Zaparkowaliśmy i piechotą doszliśmy do kifu. Nie był co prawda tak imponujący jak klify Moher w Irlandii, ale robił wrażenie.
Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale wszędzie gdzie przyjeżdżam zawsze dopisuje pogoda i to przeważnie ładna. A jak jest deszczowo całkiem szybko się rozpogadza. I potem, na  Islandii, w pełni się to potwierdziło.
Wróciliśmy do głównej drogi, skręciliśmy na zachód i dojechaliśmy do miasteczka Grindavik (2760 mieszkańców). To stąd, w wieku XVII, tureccy piraci porwali kilkaset osób i powiedli do Stambułu. Zauważyliśmy gromady ludzi ubranych na ciemno, a na wielu masztach flagi były opuszczone do połowy. W pięknej, drewnianej restauracji, gdzie zatrzymaliśmy się na obiad,

wyjaśniono nam, że akurat zakończył się pogrzeb dwuletniego chłopca i uczestniczyła w nim większość mieszkańców. Właściciel restauracji, facet w naszym wieku, okazał się wielbicielem bluesa przez co szybko znaleźliśmy wspólny język. Puszczał nam stare kawałki bluesowe z lat 60-tych i 70-tych, a my poleciliśmy mu John Mayera (jego CD
” Continuum” mieliśmy w aucie), którego z kolei odkrył dla nas Claudio z Santiago de Chile, gdy tam buszowaliśmy w ubiegłym roku. W tej restauracji, po raz pierwszy na Islandii, zjadłem rybę – halibuta z ziemniakami i sałatką – i odrazu poczułem świeżość i wyborny smak tutejszych ryb.
Pojechaliśmy do Błękitnej Laguny, bo chciałem ją Sewerynowi pokazać. Na ponowne zanurzenie się w błękitnych wodach nie mieliśmy co liczyć. Brakowało czasu a Sewerynek, w związku ze swoimi problemami ze stopą, nie mógł zażywać takowych kąpieli. Uwieczniłem go jeno na tle laguny, gdzie już zaczęło się rozchmurzać i ruszyliśmy w drogę powrotną do Reykjaviku. Zrobiliśmy jeszcze jeden popas, bo u Seweryna zadziałała zmiana czasu i niedospane noce. On znów drzemka, a ja poszedłem na spacer. Za plecami miałem powulkaniczne wzgórze z dymiąca stacja geotermalną, przed sobą dolinę, u wylotu której znalazłem tablice informującą (tym razem również po angielsku), iż wchodzę tu na własną odpowiedzialność i mam zachować ostrożność, bowiem jest to teren byłego poligonu artyleryjskiego NATO. Dziś wygląda całkiem idyllicznie, pokryty płachtami niebieskawych chwastów i łubinem oraz kępami kwiatów.Reykjavik powitał nas piękną pogodą i udaliśmy się odrazu na stare miasto i do głównego kościoła. Przed nim stoi pomnik odkrywcy Ameryki, Leifr Eiricssona, ufundowany przez obywateli USA w roku 1930, w tysięczną rocznicę niezwykłego wyczynu odważnego Islandczyka. Do Nowej Fundlandii i wybrzeży Labradoru przypłynął łodzią (drakkar – 25 m długości i 5 metrów szerokości) z Grenlandii, która wtedy, na wybrzeżach, na skutek ocieplenia klimatu, miała rozległe zielone łąki.
Nazwę i historię kościoła opiszę dopiero po powrocie do Reykjaviku, gdy mieliśmy czas by go zwiedzić i windą wjechać na wieżę.  Objechaliśmy miasto i dotarliśmy znów na nabrzeże nad fiordem, gdzie pospacerowaliśmy z godzinę, podczas której Sewerynek nie chciał uwierzyć, iż zachód słońca trwa wiele godzin i nie zapadają ciemności. Potem był zachwycony zjawiskiem letnich dni polarnych, bo przeżywał je po raz pierwszy w życiu.
Objechaliśmy inne dzielnice miasta, wstąpiliśmy do jakiejś kafejki na piwo i koło 23-ciej dotarliśmy do domu. Seweryn wysiadając oparł się przypadkiem o kierownicę i rozległo się donośne trąbienie. W tej samej chwili wynurzył się z ogrodu starszy, chudy i wysoki osobnik i zaczął nas ochrzaniać za hałasowanie. Trudno było mu cokolwiek wytłumaczyć, był nieźle napity i bredził coś bez snesu. Okazał się właścicielem naszej kwatery. Nawet nie wzięliśmy prysznica i poszliśmy odrazu spać.

3 Comments

  • blue john pisze:

    Nice post. I’m verifying continually this website with this particular satisfied! Very helpful facts particularly the previous element 🙂 I personally preserve this kind of information a whole lot. I had been looking for this specific selected data for the quite a while. Thank you and also regarding luck.

  • In placesofmoscow.com you can find worthy vacation room in Moscow, just checkout the site and book, no surprises.

  • karnisze pisze:

    Excellent blog you have here.. It’s hard to find
    good quality writing like yours nowadays.
    I honestly appreciate individuals like you! Take care!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Previous Post
«
Next Post
»