Lipcowa saga II

17 stycznia 2013
Lipcowa saga II
Dzień pierwszy – 30 czerwiec 2012 (sobota)
Same nieszczęścia. Lewe kolano nie działa, jest zablokowane i to już od parunastu dni. Lekko kuśtykam. Moje podstawowe narzędzie wydeptywania świata wysiada. Przerażenie wagą – po raz pierwszy w życiu osiągnąłem 90 kilo. Odwozi mnie na lotnisko Seweryn, w pogodzie której nie znoszę – wilgotny, grząski upał (od czterech dni było 33 stopnie cięgiem). Na lotnisku koło 20-tej, odlot spóźniony o niemal godzinę. Po raz pierwszy lecę islandzkimi liniami – Icelandair. Sprawna odprawa, pasażerowie ustawiaja się zgodnie z numerami miejsc. Coś czego w dalszym ciągu nie mogą się nauczyć Polacy, pchający się do samolotu LOT-u z reguły na oślep. Żadnego posłuchu.
Dzień drugi – 1 lipiec (niedziela)
Przedrzemałem noc etapami. Pomiędzy Toronto a Reykjavikiem pięć godziny różnicy. Rankiem tamtejszym, koło siódmej rano podchodzimy do lądowania na lotnisku w miejscowości Keflavik, byłej bazie morskiej USA. W odległym o 50 km Reykjaviku jest lotnisko krajowe plus odlot na Grenlandię – tylko półtorej godziny lotu.
Było koło trzeciej rano czasu torontońskiego, gdy zaległem w tzw. wacie czasowej i dzielnie walczyłem z sennością na dworcu lotniczym, oczekując na odjazd autobusu do Błękitnej Laguny. Zanurzenie się w jej wodach geotermalnych miało mnie postawić na nogi i podleczyć me dolegliwości. Bilet kupiłem wcześniej poprzez Internet – dojazd do Blue Lagoon z lotniska, a następnie do Reykjaviku, plus wstęp „na pokoje” owego słynnego spa.
        
Postanowiłem przejść jak najszybciej do ożywczego zanurzenia się w wytworach wulkanicznych Islandii. I tu mały szok. Za użycie jednego, niewielkiego ręcznika, musiałem zapłacić 800 koron czyli 6,5 dolca. Hmmm…teraz zrozumiałem jak wychodzą z kryzysu.
Udałem się w głąb pomieszczeń. Własna szafka, rozebranie się do rosołu i pod prysznic. Kąpielówki na siebie i na zewnątrz.
Uczucie niesamowite. Bardzo ciepła woda o jasnoniebieskim kolorze, który to kolor przydają rosnące tam algi. Dno nierówne, pokryte krzemionkowymi, białymi wytrawami. Głębokość wody około 1.50 metra, drewniane pojemniki, z których czerpie się wielką łychą krzemionkową maź i nakłada maseczkę na twarz. Po góra pół godzinie należy ją spłukać. Można siedzieć ile się da. Spędziłem półtorej godziny i rzeczywiście tąpniecie minęło. Ludzie leżą na drewnianych pomostach, siedzą przy stolikach, towarzystwo międzynarodowe. Nad bezpieczeństwem czuwają ratownicy.
Siedziałem w kawiarni z godzinę czekając na autobus do Reykjavijku.
Schludność dużego kompleksu, czystość i ciekawa architektura, w której łączą większość elementów skał z drewnem i dodatkami metalowymi, były zapowiedzią tego, co spotykaliśmy później w całej podróży. Włącznie z niezamykanymi na noc drzwiami i dostępnością naszych pokoi przy pomocy specjalnego kodu przysłanego mailem.
Jak zazwyczaj, przygotowałem w maju całą logistykę wyjazdu – trasa, miejsca do zobaczenia, rezerwowane noclegi. Bilety na samolot dla nas i wynajęcie auta załatwiła nam wcześniej nieoceniona Jolantka. Najbardziej niepokoiły mnie odległości, bowiem jazda wzdłuż fiordów pochłania wiele czasu. Wystarczy spojrzeć na zamieszczoną uprzednio mapę naszej trasy, szczególnie na kraniec płn- zachodni.
Poszukując na internecie opinii łazików, przy okazji odkryłem świetną, nieznaną mi, grupę muzyczną (w Ameryce Płn. europejska kultura jest jednak wciąż blokowana i mizernie ukazywana) – Sigur Ros. Ich muzyka chwyta rewelacyjnie duszę islandzkiego krajobrazu, rozległość i niepewność bytowania na tym nieustannie ruchomym skrawku Ziemi. Położenie pomiędzy Europą i Ameryką (kiedyś były blisko i Islandia stanowiła pomost między nimi) i pewną izolację, mimo przekonania, że na Ziemi już właściwie nie ma izolowanych miejsc, bo technika komunikacji i informacji pokonała przestrzeń, a nawet w pewnym sensie czas. To złudne odczucie pryska w momencie, gdy jesteśmy zdani tylko na siebie, w nieznanym miejscu – bez komórki, ludzi wokół, wyraźnych punktów orientacyjnych. Przeżyłem coś takiego w 2011, w Patagonii, gdzie czułem jak mi się wyostrzyły wszystkie zmysły, by nie popełnić fałszywego kroku i moć powrócić do punktu wyjścia.
Wracając do Sigur Ros….
Jeśli kogoś zainteresują, polecam następującą stronę: http://www.youtube.com/watchv=Hrq7ffdV1ro&feature=related.
By być bardziej pewnym trasy wyprawy, wysłałem jej projekt do głównego biura turystycznego Islandii, po cichu licząc na odzew. Przy okazji wyraziłem swój zachwyt Sigur Ros’em. Już po paru godzinach dostałem wyczerpującą odpowiedź i wyznanie – ” Ps. We loooove Sigurrós!!!! J”. Jedyna wątpliiwość dotyczyła dwóch czy trzech odcinków, gdy mieliśmy przejechać przeszło 300 km jednego dnia. Thordis skomentował jeden z nich tak: „This is also a veeeery long day… here you can expect at least 6 hour drive to Akureyri. A veeeery long day.”. 
Bardzo nas to z Sewerynem ubawiło. Doniosłem Thordisowi, że w Kandzie to normalka, np. jedzie się latem na plażę 300 km od Toronto, a w Chile przemierzaliśmy odcinki po 800 km, a raz 1150 km. Nic nie odpowiedział, chyba myślał, że zalewamy albo wariaci.
Przed wyjazdem dziwiło nas, iż na całej Islandii, na głównej, świetnie utrzymanej drodze nr 1, biegnącej dookoła wyspy, jest ograniczenie szybkości do 90 km/godz, zaś na żwirowych, maksymalnie 80 km/godz. I bardzo surowe kary za przekraczanie szybkości.
Na miejscu okazało się, że jest to w pełni uzasadnione. Drogi żwirowe często nie posiadają utwardzonego pobocza. Mają zasłonięty widok na podjazdach – na szczycie wzgórka zawsze stoi znak pokazujący, którą stroną należy jechać, co jest niezbędne przy mijance. W wyższych partiach wyspy, latem, drogi potrafią być oblodzone lub lekko zaśnieżone, lub pokryte gęstymi mgłami, w niższych zalane po deszczach. Od późnej jesieni do wiosny wiele dróg lokalnych jest zamkniętych i całkowicie nieprzejezdnych.
I w każdym miejscu można natrafić na zamyśloną owcę, lub karmiącą jagnię, akurat na środku szosy. Większość pasie się bardzo blisko dróg. Na asfaltowej Jedynce gnaliśmy nieraz stówą i więcej, a zdarzało nam się to, w chwilach przymusu czasowego, także na lokalnych asfaltówkach.
Jednakże demon szybkości, który opanował Seweryna w Chile, tutaj zamarł i jedynie dopadała go rankiem, przez pierwszych sześć dni, okresowa śpiączka przy kierownicy, przez co musiałem być podwójnie uważnym pilotem – nadzór nad trasą i kierowcą. Jakoś dawało się go zapakować wcześniej do łóżka i potem już było dobrze. Gdy go mimo wszystko brało, stawał na pół godziny i ucinał sobie drzemkę, a ja buszowałem po okolicy.
Powróćmy do Błękitnej Laguny…. Po lunchu i piwie dwukrotnie zapadłem w drzemkę przy stoliku. Potem mocna kawa i na spacer wokół. I teraz powtarzam zdjęcia i wrażenia z pierwszego listu podesłanego wprost z Islandii. Pierwszego i ostatniego, bo w dwa dni później szlag trafił mój komputer.
W mżącym deszczu, wygrzany choć znów senny, dojechałem do stacji autobusowej w Reykjaviku, skąd na piechotę, lekko zmordowany, dotarłem do mego pierwszego noclegu – Igdlo. Brzmiało jak iglo, ale okazało się przytulnym miejscem, gdzie przywitał mnie bardzo sympatyczny właściciel, od razu informując, że po Islandczykach, drugą narodowością na wyspie są Polacy, w liczbie przeszło 10 tysięcy. A ulubioną słodyczą Islandczyków jest…Prince Polo, przy czym wciąż zachwalają te starego typu, w pomarszczonym opakowaniu. I walnąłem się na godzinę spać….
Zerwałem się w wielkim pośpiechu i popędziłem do centrum, lekko pod górkę, by obejrzeć gdzieś finał mistrzostw Europy, mecz Hiszpania – Włochy. Znalazłem się na głównym deptaku i w pewnej chwili, naprzeciw mnie, zobaczyłem dwóch obdartych i brudnawych osobników i pomyślałem sobie „a jednak i tu są bezdomni biedacy”. Na metr przede mną, jeden z biedaków ochryple odezwał się do drugiego: „Te, patrz k….a, jaki siwy”. Nasze menele są wszędzie.
Hiszpanie zagrali koncertowo, drybling na chusteczce do nosa – jakby powiedział Hrabal – i trafili na najsłabszy dzień Włochów. Wróciłem spacerem poprzez stare miasto, zahaczyłem o tajskie jedzenie (świetna zupa na mleczku kokosowym), doszedłem na kwaterę, przeglądnąłem maile. Otworzyłem okno, bowiem były włączone kaloryfery – w lipcu!! Mają skalowanie od 1 do 9. Dałem na zero i położyłem się o 23.30 spać.

1 Comment

  • Eric pisze:

    Od jutra zaczynam odchudzanie, kto sie odchudza ze mną?
    Wyszperałam w sieci dobry sposób na chudnięcie, wygoglujcie sobie – xxally mój sukces w odchudzaniu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Previous Post
«
Next Post
»